Jakieś trzy tygodnie temu próbowałem się zarejestrować na wizytę u okulisty. Od kilku lat nie badałem wzroku, więc uznałem, że należałoby to zrobić. W przychodni powiedziano mi, że najbliższy wolny termin to grudzień 2027. Znakomicie, ale nie beznadziejnie – dostałem gotową kartkę z listą pobliskich przychodni, gdzie terminy powinny być krótsze. Co więcej, mogę przecież zawsze pójść do okulisty prywatnie – to już sam sobie dopowiedziałem. No i skoro tak długo zwlekałem z wizytą u okulisty, to czy naprawdę jest ona konieczna? Takie sobie zadałem pytanie i sprawę odsunąłem na dalszy plan.
Nie powstrzymało mnie to od dalszego dręczenia służby… pardon, ochrony zdrowia. Otóż już wcześniej zapisałem się na wizytę u ortopedy. Czas oczekiwania był w tym wypadku niewiarygodnie krótki, to znaczy trzy miesiące, i termin już nadszedł. Wiedziałem, że lekarz przyjmuje od dwunastej do siedemnastej i że mam się w tym czasie zjawić w przychodni. Stawiało to przede mną dylemat – o której godzinie konkretnie się tam zjawić? Uznałem, że przyjdę o wpół do drugiej. Założyłem, że po półtorej godzinie znaczna część pacjentów powinna być już przez lekarza przyjęta. A dopływ kolejnych osób powinien z czasem się zmniejszać, tak więc wpół do drugiej to optymalna godzina.
Tak też zrobiłem. W okienku rejestracji panienka poprosiła mnie o dowód osobisty, potem kazała iść pod gabinet piętro wyżej i zapytać, kto ostatni. I czekać. Na korytarzu siedziało kilkadziesiąt osób. Zapytałem, kto ostatni – zgłosił się sympatyczny pan w czapce z daszkiem. Znalazłem wolne krzesło i usiadłem. Dobra nasza, mogę siedzieć! Wyciągnąłem z plecaka „Serotoninę” i próbowałem czytać. Niedługo potem zjawiła się kolejna pacjentka i zapytała, kto jest ostatni. „Ja jestem ostatni” – stwierdziłem raźno. „Aha. To, wie pan, to wszystko długo potrwa, ja sobie pójdę i przyjdę później, będę za panem. Dobrze?”. „No jasne, oczywiście” – potaknąłem. „Ja będę tu siedział do skutku. Tylko niech pani sobie zapamięta tego pana w czapce, jest przede mną. Gdybym stracił przytomność albo nie wytrzymał z innych powodów, to będzie pani za tym panem w czapce”. „Dobrze!” – pani się uśmiechnęła i poszła sobie.








