Pogotowie ratunkowe

Czterdziestolatek przyklęknął obok kobiety i lustrował leżącego. Przypomniałem sobie numer pogotowia, wybieram 999. Sygnał, sygnał, sygnał.
– Dzwoni pan na pogotowie? – pyta kobieta. – Tam jest szybciej.
– Tak, dzwonię na pogotowie.
Sygnał, sygnał, sygnał.
– Nie odbierają – stwierdzam. Nikt nic nie mówi. Leżący przestaje się trząść.
Sygnał, sygnał, sygnał.
– Dzwonię na 112 – stwierdzam z rezygnacją i dzwonię na 112.
Sygnał, sygnał, sygnał.
Leżący otwiera oczy i rozgląda się nieprzytomnie.
– Słucham – odzywa się jakaś kobieta.
– Na drodze upadł mężczyzna, dostał drgawek.
– Jest na drodze? To proszę go ściągnąć na chodnik, żeby go nie przejechało.
– Nie jest na drodze. Jest na chodniku.
– Czy krwawi?
– Nie krwawi. Widzę, że na nodze ma stary bandaż, jakiś stary opatrunek.
– Wygląda to na ranę cukrzycową – stwierdza kobieta, która tymczasem sprawdza zawartość reklamówki. – Jestem pielęgniarką.
Widać, że się zna.
– Wygląda to na ranę cukrzycową – mówię do telefonu.
– To nie ma znaczenia. Czy jest pijany? Czuć od niego alkoholem?
– Czuć od niego alkohol? – pytam czterdziestolatka, który przytrzymuje leżącego, bo ten chce wstać. Nie odpowiada, bo zagaduje do leżącego i nie zwraca na mnie uwagi. Oceniam na oko.
– Nie czuć od niego alkoholem – stwierdzam z czystym sumieniem, bo niczego nie wyczuwam. – I już nie ma drgawek, leży.
– Gdzie to jest? – pyta pani ze 112.
Podaję adres.
– Jak pan się nazywa?
Podaję nazwisko.
– Proszę czekać. Przełączam na pogotowie ratunkowe.
Czekam.
Leżący próbuje wstać.
– Nie wstawaj, leż – mówi czterdziestolatek. – Jak się nazywasz?
– Zenek – mówi Zenek i coś jeszcze, ale bardzo cicho i nie słyszę. I próbuje wstać.
– Tutaj pogotowie ratunkowe – mówi męski głos. – O co chodzi?
– Na chodniku upadł mężczyzna, miał drgawki, ale teraz już nie ma.
– Czy krwawi?
– Nie krwawi – odpowiadam.
– Proszę go ułożyć w bezpiecznym miejscu. Czy jest trzeźwy?
– Jest trzeźwy.
– Czy jest przytomny?
– Tak, jest przytomny.
– Proszę podać adres – słyszę.
Podaję adres.
– Jak się pan nazywa?
Podaję nazwisko.
– Wysyłam karetkę. Proszę czekać na przyjazd. – Mężczyzna rozłącza się.
Czekamy. Zenek podnosi się na łokciach i rozgląda.
– Leż spokojnie, czekamy na pogotowie – mówi kobieta.
Zenek rozgląda się uporczywie.
– Czego szukasz? – pyta czterdziestolatek. – Dobra, usiądź i oprzyj się o pień drzewa.
Zenek siada i się opiera.
Kobieta wskazuje na opatrunek.
– Masz cukrzycę?
Zenek kiwa głową.
– A jadłeś dzisiaj śniadanie?
Zenek potwierdza.
– Bierzesz insulinę?
– Tak.
– Brałeś dziś rano insulinę?
Zenek potakuje.
– Możesz już być głodny. Jestem pielęgniarką. Mam czekoladę. Zjesz i poczujesz się lepiej.
Wyciąga czekoladę i daje Zenkowi. Zenek zjada czekoladę, patrzy w lewo, w prawo. Wreszcie widzę, czego szuka. Dostrzegam wśród zarośli błysk szkła. Życie składa się z rzadkich drobnych tryumfów i częstych dużych klęsk. Podnoszę okulary Zenka. Ten zakłada je, jest bardzo zadowolony i chce wstać.
– Siedź, Zenek, musimy czekać na pogotowie – mówi czterdziestolatek.
Właściwie to tylko ja muszę czekać na pogotowie, myślę z rezygnacją.
Mija dwadzieścia pięć minut. Zenek już stoi i rwie się do odejścia. Czterdziestolatek go przytrzymuje.
– No, Zenek, teraz już musisz poczekać – mówi.
– Przyjedzie pogotowie, zabiorą cię do szpitala i zbadają – mówi pielęgniarka.
Zenek coś mamrocze cicho, nie rozumiem, co. Próbuje odejść.
– Stój! – Czterdziestolatek zatrzymuje go stanowczo. Jestem mu wdzięczny.
– To bardzo długo trwa – mówię. – Dzwonię do nich jeszcze raz.
Dzwonię na 999.
Sygnał, sygnał, sygnał.
– Pogotowie ratunkowe.
– Zgłaszałem wypadek w Rybniku. Człowiek upadł na chodniku i miał drgawki.
– Jest przytomny?
– Tak, jest przytomny, ale taki trochę…
– Niech pan mi poda telefon. – Niecierpliwi się pielęgniarka.
Podaję jej telefon.
– Jestem pielęgniarką, ten człowiek mógł dostać ataku padaczki z powodu hipoglikemii. Przyjmuje insulinę. Dałam mu czekoladę, zjadł i poczuł się lepiej. Tak. Tak, tak.
Oddaje mi telefon.
– Teraz właściwie już chce sobie pójść – stwierdzam.
– Jak pan się nazywa?
Podaję nazwisko.
– Proszę czekać. W Rybniku nie mamy karetek, wysłaliśmy karetkę z Wodzisławia Śląskiego.
Rozłącza się.
– Ma przyjechać karetka z Wodzisławia – mówię.
– No tak. W Rybniku są tylko dwie karetki, pierwszeństwo mają pilne przypadki – mówi pielęgniarka. Widać, że z branży.
Czekamy. Zenek jakoś się uspokoił i już nie ucieka. Czekamy. Wreszcie słyszymy w oddali sygnał karetki. Jedzie! Jedzie! Skaczemy, ucieszeni, ja i czterdziestolatek, wymachujemy rękami, żeby nas zauważyli.
Przejeżdżają w pełnym pędzie, kierowca uśmiecha się do nas przyjaźnie i odmachuje.
– To nie do nas jechali – stwierdza pielęgniarka. Kiwamy głowami.
Czekamy. Czekamy.
Jedzie karetka. Bez sygnału. Spokojnie. Dojeżdża do nas, parkuje, pokazujemy Zenka, ten idzie z nimi, ze starą reklamówką w ręku, z okularami na nosie.
– Widzisz, Zenek, tak by się wydawało, ale są na świecie dobrzy ludzie – stwierdza filozoficznie pielęgniarka.
Rozchodzimy się. Ja idę ze swoimi zakupami i wątpliwościami, ze wzrokiem wbitym w ziemię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *