O targowaniu się

To dobry temat przy okazji świąt Bożego Narodzenia. Targowanie się jest coraz bardziej popularne, staje się wręcz nowym zwyczajem Polaków. Szczególnie młodych. Bardzo często transakcja zaczyna się od sakramentalnego pytania: „A jaki dostanę rabat?” Mniej to dotyczy starszych, pamiętających jeszcze gospodarkę permanentnego niedoboru, znacznie bardziej młodszych. Jeden ze znajomych młodych ludzi z dumą przyznaje się do tego, że zawsze na początek pyta o zniżkę, i jeśli jej nie otrzyma, opuszcza sklep z obrażoną miną.

Ktoś, kto domaga się obniżenia ceny zapewne wychodzi z założenia, że jest z góry zawyżona i niewłaściwa, i dopiero dzięki swojej interwencji może uzyskać cenę sprawiedliwą. Albo sądzi, że wszystko jest przedmiotem negocjacji, która powinna się zakończyć jakimś kompromisem. Czyż skłonność do negocjacji i kompromisu nie jest czymś, co należy kultywować? Niewątpliwie znaleźlibyśmy też przypadki, kiedy klient uważa, że powinien być, ze względu na swoją szczególną wartość, traktowany lepiej niż inni, co przejawiać się powinno w tym, że płaci mniej niż przeciętni nieudacznicy. Są i tacy, którzy po prostu myślą: dlaczego nie można spróbować czegoś wyszarpnąć? Jeśli się da, to dobrze, jeśli nie, to trudno.

W systemie, w którym odbywają się nieustanne targi, koszt transakcji wzrasta, ponieważ wydłużają jej czas. Nie ma to dużego znaczenia, gdy strony mają dużo wolnego czasu, którego i tak nie mogą poświęcić na coś innego, bardziej produktywnego. Jednak jednocześnie wskazuje to, że wydajność systemu, w którym strony ze spokojem tracą czas, jest raczej niska. Niepotrzebni ludzie nie muszą się śpieszyć, bo nie mają do czego. Albo też korzyści, jakie można odnieść z takiego siłowania się, są większe, niż te przynoszone przez pracę, co również może świadczyć o niskiej efektywności systemu.

Wydawałoby się, że hipermarkety są wyjątkiem, bo przecież nikomu nie przyjdzie do głowy, by nagabywać kasjerkę o rabat. Sprzedaż taśmowa nie przewiduje udzielania rabatu. Jednak jest inaczej. W hipermarkecie udziela się rabatu hurtowo, poprzez system punktów uprawniających do otrzymania bonów lub zniżek i poprzez mniej lub bardziej fałszywe promocje (zgrzewka wody mineralnej drożeje z dziesięciu złotych do piętnastu, a w następnym tygodniu pojawia się w promocyjnej cenie złotych dwunastu). I w ten sposób hipermarket zaspokaja i żeruje na naszej skłonności do uzyskiwania dodatkowych, ponadstandardowych korzyści (choćby były one iluzoryczne).

Przy tym wszystkim targowanie się ma przebogatą tradycję i jest w różnych kulturach organicznie zakorzenione. Ludzie targowali się nawet z Bogiem, kiedy uważali to za konieczne i stosowne – jak Abraham proszący Boga o oszczędzenie Sodomy. Zawsze naturalnie targowanie się brzmi na targowisku (jakżeby miałoby zresztą być inaczej).

Z czasem ponownie nauczymy się targować z wdziękiem i z wyczuciem, kiedy jest to właściwe, gwałtownie zmieniające się czasy wymagają wypracowania odpowiednich form.

P. wybrali się niedawno nocą, by obejrzeć wschód słońca na Babiej Górze. Zostawili samochód na parkingu na Przełęczy Krowiarki, o tej porze nie było tam żywej duszy. Po powrocie z Babiej znalazł się parkingowy i zażądał 10 złotych. K., który chwyta się każdej sposobności, by wzmocnić swoją pozycję przetargową, wskazał na tablicę z regulaminem. „Płaci się przy wjeździe na parking, a my wyjeżdżamy. Dlatego nie ma podstaw do tego, by żądać od nas zapłaty.” A ponieważ uwielbia łacińskie zwroty, dorzucił: „Absens carens”. Parkingowy stracił na chwilę głos („chyciło mu godka”, jak mówią Ślązacy), a potem wydusił z siebie, że choć pracuje już tu piętnaście lat, to po raz pierwszy ktoś powiedział mu coś takiego. Niestety marudził dalej i najwyraźniej nie potrafił się pogodzić z żelazną logiką przedstawionego rozumowania. W końcu J. ustąpiła i zapłaciła te dziesięć złotych. Z czego wyraźnie widać, że nie zawsze racja i klasa wychodzą zwycięsko z tego typu potyczek.

Dodaj komentarz