Dostojewski po czesku

Między Czechami a Polską, między ich kulturami, istnieje oczywiste napięcie. Jego zewnętrznymi znakami są choćby opustoszałe czeskie kościoły i wciąż pełne kościoły polskie, czy też ciche polskie niedzielne popołudnia kontrastujące z czeskimi, wypełnionymi odgłosami prac przydomowych. Przy tak bliskim sąsiedztwie należałoby się spodziewać, że to napięcie ujawniać się będzie twórczo i ciekawie. Że wreszcie zobaczymy Czecha plującego na portret papieża-Polaka, i Polaka próbującego na to znaleźć właściwą odpowiedź. A kiedy dodać do tego, że i Polak i Czech są po przejściach z bratem Rosjaninem, który religię Polaka swoim uciskiem zespolił z jego poczuciem narodowym, a Czechowi ekscesami komunizmu nadszarpnął wiarę w naturalną dobroduszność  i umiarkowanie niewiary, to staje się jasne, że do takiej, lub podobnej  próby, jaką podjął Petr Zelenka, musiało wcześniej czy później dojść.
Do Nowej Huty przyjeżdża czeski zespół teatralny, aby w scenerii Huty Sędzimira odbyć próbę generalną przedstawienia adaptacji „Braci Karamazow” (podobno film kręcono jednak głównie w małej czeskiej stalowni w Hrádku k. Pilzna, zdjęcia w Nowej Hucie trwały jeden dzień). Oglądamy więc sztukę w środku filmu, pokazującego scenki z życia aktorów toczące się wokół, na marginesach spektaklu. Do tego dochodzi trzeci, jeszcze bardziej zewnętrzny krąg, bo próbę zaczyna oglądać polski robotnik (Andrzej Mastalerz). Przeżywa swój własny dramat – jego syn uległ ciężkiemu wypadkowi na terenie huty i walczy w szpitalu o życie. Nadzwyczaj ryzykownie prowadzony wątek, bo robotnik właściwie stoi, patrzy, nic nie mówi, i ktoś mniej cierpliwy i złośliwszy mógłby powiedzieć, że to zemsta za dowcipy opowiadane niegdyś o czeskich filmach, polegająca na doprowadzeniu do ekstremum wyobrażenia o filmie polskim. Wszystko to jednak zaczyna tworzyć nadzwyczajnie skomplikowaną całość. Świetni czescy aktorzy (znakomity Iwan Trojan grający Fiodora Karamazowa, David Novotný Dymitra, Radek Holub wcielający się w Smerdiankowa, Lenka Krobotová w roli Gruszeńki: obsada bez słabego punktu), kojarzeni raczej do tej pory raczej z komedią, tutaj roztaczają przed oczyma cierpiącego ojca-Polaka deliryczne widowisko, poczęte z rozpasanego pijaństwa, łajdaczenia się i roztrząsania metafizycznych kwestii.  Grają postaci z Dostojewskiego w spektaklu, ale i siebie samych – w filmie. Także i oglądający ich próbę polski robotnik nieoczekiwanie zaczyna istnieć w trzech postaciach: jako przypadkowy widz sztuki teatralnej, jako kolejny zakamuflowany aktor wprowadzony z zewnątrz przez reżysera, by zdopingować ich do większego emocjonalnego wysiłku (o to podejrzewają go niektórzy Czesi), i wreszcie jako ktoś, kto poprzez aktorów spotyka się z miotanymi szaleństwem literackimi postaciami, a uczestnicząc w ich rytuałach własnym bólem demonom tym przydaje życia.
Czy w dzisiejszym świecie można jeszcze, nie narażając się na śmieszność, pytać, czy Bóg istnieje? Zelenka w jednym z wywiadów powiada: „To pytanie o Boga jest bardzo ważne, ale niepotrzebne. W dialogu Iwana z Fiodorem zachodzi pewien paradoks. Iwan mówi, że Boga nie ma, a z człowieka śmieje się diabeł. Po chwili stwierdza, że diabła też nie ma”. Dla Zelenki paradoks ten jest jak wyjęty z filozofii zen, chociaż Dostojewski jej nie znał. Przypomina kōan, gdzie pytania i odpowiedzi układają się w całość, która doprowadza do oświecenia, głębszego zrozumienia, mimo że sam kōan zawiera treść przeczącą logice, w pierwszym przybliżeniu absurdalną. To ciekawe spostrzeżenie. Logika jest tylko pochodną zadanej fizyki, a Bóg, jej twórca, musi stać wyżej lub obok niej, poza nią.
Oglądamy skonstruowany przez Zelenkę trójkąt zaprzeczeń. Ci, co do których podejrzewamy, kierując się stereotypem, że na co dzień mogą praktykować rubaszny i zadowolony z siebie ateizm, dają swoją grą pokaz zawziętej religijnej (i antyreligijnej) pasji. Polak wychodzący spomiędzy historycznych dekoracji, gdzie w narodowej rupieciarni wiszą obok siebie portrety papieża i Wałęsy (świetna scena, kiedy Fiodor Karamazow popełnia bluźnierstwo, biorąc się do plucia na ikonę, a u Zelenki chwyta co pod ręką, zdjęcie Jana Pawła II, prawdopodobnie własność robotnika),  dopuszcza się w końcu czynu, który jest zdradą i ostateczną kapitulacją, oddaniem się owemu nieistniejącemu diabłu. I wreszcie obrócony na nice zostaje Dostojewski, jego mroczna zaciekłość okazuje się, u Zelenki, czymś tak subtelnym i lekkim jak kōan.

Dodaj komentarz