Czekając

Siedzimy.

Przychodzi lekarz. Młody, energiczny, bardzo sympatyczny. Spóźnił się o półtorej godziny, na pewno z bardzo ważnych powodów. Pacjenci witają go oklaskami i okrzykami entuzjazmu. Lekarz uśmiecha się z tym charakterystycznym wyrazem twarzy gwiazdy filmowej witanej przez swoich fanów. Zaczyna przyjmować.

Przychodzi kolejna pacjentka. „Kto jest ostatni?” – pyta. „Ja byłbym ostatni, gdyby nie pani, która była ostatnia i właściwie nadal jest ostatnia, ale sobie poszła i przyjdzie później” – wyjaśniam. „Czyli za panem jest jeszcze ta pani, której nie ma?”. „Tak”. „Aha”. Pani siada. Czekamy.

Po godzinie słyszę, że pan w czapce z zaniepokojeniem rozmawia z sąsiadami. Podchodzi do mnie. „Pan jest za mną?”. „Tak” – odpowiadam. „A przede mną jest tamten chłopak” – mówi z zafrasowaną miną. „Bardzo mnie to cieszy” – mówię. „Czyli ja jestem za panem i za tamtym chłopakiem”. „Tak jest!” – potwierdza. „Ale tamten chłopak nie wie, za kim on jest!” – mówi z zakłopotaniem. „Była przed nim jakaś pani, ale teraz jej nie ma i on nie wie, za kim jest on. Czyli właściwie nie wiadomo, za kim MY jesteśmy. Nie wie pan, za kim jest ten chłopak? Może już przepuściliśmy wiele osób?”. „Nie mam pojęcia” – powiadam. „Ja patrzę i pilnuję tylko pana, bo pan jest przede mną. Nic nie pomogę”. „Aha” – mówi pan w czapce i odchodzi na miejsce niepocieszony. Prowadzi dalej ożywione rozmowy dotyczące kolejności.

Czytam dalej Houellebecqa i pogrążam się w dekadencji. Do gabinetu co chwila poza kolejką wchodzą jacyś pacjenci. Przychodzą, nie siadają, przylepiają się do ściany w pobliżu drzwi i po wyjściu poprzedniego pacjenta wskakują do środka, wywołując wzburzenie wśród pacjentów z kolejki. „To zetki!” – wyjaśnia ktoś. Tak mi się przynajmniej wydaje, że mówi: „zetki”. Pracownicy ochrony zdrowia? Może. Lekarz też co jakiś czas wychodzi i gdzieś znika na dłuższą chwilę.

Przychodzi pani, która jest po mnie. „Jestem!” – oznajmia radośnie. „Pan jest przede mną!”. „Tak jest” – potwierdzam. „Ta pani jest po panu?” – upewnia się pani, która dowiedziała się ode mnie, że jestem przedostatni. „Jak najbardziej, to właśnie jest ta pani, która jest przed panią, ale za mną”. Czekamy.

Pan w czapce z daszkiem podchodzi uradowany. „Ten chłopak przede mną już wie, za kim jest. Pani, która była przed nim, zdjęła kurtkę i potem jej nie poznał. Teraz doszliśmy do tego, że ta pani bez kurtki to jest ta sama pani, która przedtem była w kurtce, i dlatego to jest ta pani, która jest przed tym chłopakiem”. „A za tym chłopakiem jest pan, a za panem ja” – stwierdzam z satysfakcją i zalewa mnie poczucie spełnienia i spokoju. „A ja jestem za panem” – mówi pani, która była za mną, ale poszła, a później wróciła. „Tak” – przytakuję – „a za panią jest tamta pani, która przyszła po pani”.

Wszyscy jesteśmy zadowoleni, ale po tylu godzinach siedzenia nie mogę już wytrzymać. Wstaję co chwila i przestępuję z nogi na nogę. Wreszcie po pięciu godzinach przychodzi kolej i na mnie. Wchodzę do gabinetu z radosnym uniesieniem. Lekarz jest nie tylko sympatyczny, ale sprawia wrażenie bardzo kompetentnego. Jednak po takim czasie oczekiwania w pozycji siedzącej jestem nieco zesztywniały i oszołomiony; odpowiadam na pytania nieskładnie i ruszam się niezgrabnie. „No, chciałbym już wreszcie pójść do domu” – strofuje mnie delikatnie i z taktem lekarz. „Z drugą stopą też mam podobny problem” – mówię nieśmiało. „Pokazać?”. „O nie, nie trzeba” – uśmiecha się wyrozumiale lekarz. „Tu ma pan receptę na zastrzyk, pójdzie pan do apteki na dole, następnie z zastrzykiem do pokoju zabiegowego. Potem tam przyjdę, to właśnie tam wychodzę co jakiś czas” – ujawnia sekret swoich wyjść. Upewniam się dwukrotnie, gdzie jest pokój zabiegowy, bo moja zdolność rozumienia jest już nieco ograniczona.

Szukam rozpaczliwie skarpetki – jest. Dziękuję i biegnę do apteki. W kolejce stoi kilkanaście osób. Czekam. Jak szybko posuwa się kolejka! Czekam tylko pół godziny. Potem zaraz z zastrzykiem pod zabiegowy. Nikogo nie ma, czekam na lekarza. Za mną formuje się już mała kolejka. Ale ja jestem pierwszy i świadomość tego wprawia mnie w euforyczny nastrój. Potem już tylko pyk, zastrzyk w stopę. „Będzie pana mocno wieczorem bolało, proszę wziąć jakiś środek przeciwbólowy”. I po niecałych sześciu godzinach wychodzę, zadowolony z życia i uśmiechnięty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *