Androidy i wychowanie panienek

Poniższy tekst został po raz pierwszy opublikowany w „Czasie Fantastyki”, nr 2/2013

 

Po raz pierwszy zetknąłem się z tą powieścią Dicka poprzez film, zresztą w okolicznościach nadzwyczaj niesprzyjających. Stały się wtedy nagle dostępne i modne magnetowidy i pojawiło się mnóstwo pirackich kopii filmów, w kiepskiej jakości i z czytającymi tekst okropnymi lektorami. Zostałem zaproszony na pokaz takiego filmu w kilka osób i tak obejrzałem „Blade Runnera”. Na domiar złego pozostali oglądający chyba nie byli miłośnikami sf. W każdym razie głośno komentowali akcję, a romantyczne sceny, do jakich dochodzi pomiędzy filmowym Deckardem a Rachael, kwitowali wybuchami śmiechu i niewybrednymi żartami. Najwyraźniej publiczność nie była przygotowana jeszcze na przyjęcie bogatszej palety erotycznych konfiguracji, wynajdywanych właśnie przez nowoczesną wyobraźnię. Jeśli dodać do tego, że była to wersja z nieszczęsną „czarnokryminałową” narracją zza kadru nachalnie wyjaśniającą inteligentnym inaczej co się dzieje, zrozumiałym się staje, iż pozwoliłem przez jakiś czas dojrzewać nieprzepartej chęci obejrzenia ponownie tego obrazu. Bo oczywiście od razu było jasne, że w innych okolicznościach i po drobnych zmianach dzieło to będzie mieć moc hipnotyzującą.

„Czy androidy marzą o elektrycznych owcach” przeczytałem wiele lat później, tłukąc się autobusami po Śląsku, i nie zrobiła na mnie wtedy takiego wrażenia, na jakie zasługuje.

DoAndroidsDream
Źródło – Wikipedia

I oto teraz powieść stała się dostępna w jeszcze jednej postaci, jako audiobuk, wydany przez Rebis i Audiotekę. Zaangażowano do projektu gromadę całkiem niezłych aktorów, muzyki dostarczył Pink Froyd, przy produkcji zastosowano, ponoć po raz pierwszy w Polsce, system dźwięku binauralnego, a jedną z drugoplanowych ról zagrał nawet polski syntezator mowy IVONA, co, przyznajmy od razu, jest bardzo dobrym pomysłem.

Powieść odsłuchałem z zapartym tchem. Ukryte w tekście emocje wybrzmiały wyraźniej – dzięki pracy aktorów, ale także dzięki temu, że ta sama treść rozpościera się w dłuższym odcinku czasu, dając sposobność słuchaczowi ich głębszego przeżycia. Czy zatem audiobuk okazuje się najlepszym sposobem odbioru literatury? Nie byłbym daleki od takiego stwierdzenia, gdyby nie ta okoliczność, że reżyseria, muzyka i interpretacja aktorska narzucają pewną tylko, jedną z możliwych wizję; angażują silnie emocje, ale zwalniają z większej części pracy wyobraźnię odbiorcy, utrudniając czy wręcz uniemożliwiając stworzenie własnego, intymnego obrazu powieści. Dodatkowo tekst zostaje poddany opracowaniu na potrzeby realizacji dźwiękowej i powieść zwykle jest skrócona, tak jak i w tym przypadku.

Jakby nie było, stało się to dobrą okazją do przyjrzenia się jeszcze raz samej powieści i porównania jej z filmem.

„Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” zawiera trzy wielkie, powiązane ze sobą tematy. Pierwszy to człowieczeństwo, jego istota, do której badania jako wzorców Dick używa androidów. Drugim jest empatia, zdolność do współodczuwania, którą ilustruje stosunek ludzi do zwierząt. Trzeci temat to Mercer i wszystko to, co ta postać reprezentuje.

Po kolejnej wielkiej wojnie Ziemia jest skażona i zniszczona, większość zwierząt umiera zabita przez radioaktywny opad. Ludzie przetrwali, ale ulegają stopniowej degeneracji (powtarzane reklamowe hasło „Emigruj albo degeneruj” brzmi „w tym kraju” przejmująco w uszach kogoś, dla kogo dylemat taki był aktualny przez całe lata). Władze zachęcają ich do emigracji na inne planety, w szczególności na Marsa. W pozaziemskich koloniach osadnikom ziemskim pomagają przeżyć androidy, człekokształtne roboty, które dzięki staraniom korporacji Rosena, zajmującej się ich konstrukcją i produkcją, coraz trudniej odróżnić od ludzi. Androidy czasem buntują się, zabijają swoich właścicieli i wracają na Ziemię. Pobyt androidów na Ziemi jest nielegalny, ich tropieniem i likwidacją zajmują się łowcy. Jednym z nich jest główny bohater powieści, Rick Dekart.

Ogólnoziemską religią jest merceryzm. Jej wyznawcy dzięki tak zwanym skrzynkom empatycznym przeżywają zespolenie ze starcem Wilburem Mercerem i innymi ludźmi jednocześnie podłączonymi do skrzynek. Wszyscy razem z Mercerem wspinają się na wciąż tę samą górę i współcierpią, obrzucani i ranieni kamieniami przez niewidocznych wrogów. Dzięki tym seansom dzielą się swoimi radościami i cierpieniami, w części uwalniając się od jednych i drugich. To empatyczne przeżycie ma niepokojącą naturę, rany odniesione w czasie wspinaczki po przebudzeniu z transu okazują się realne.

Etymologiczne słowniki podpowiadają, że angielskie słowa mercer i mercy mają ten sam źródłosłów łaciński. Mercer to po angielsku handlarz tekstyliami, kupiec bławatny, handlarz, z łacińskiego mercarius, które pochodzi od słowa merx, towar. Mercy (litość, miłosierdzie), wywodzone jest od merces, co po łacinie znaczyło tyle co zapłata, wynagrodzenie, a to ostatnie również jest derywatem słowa merx. W łacinie kościelnej w szóstym wieku po Chrystusie stosowało się do zapłaty otrzymywanej w niebie za dobroć okazywaną bezbronnym, a odpowiadające dzisiejszemu poświadczone znaczenie tego wyrazu jako skłonności do przebaczenia lub okazania współczucia, datuje się na wiek XIII. Wygląda więc na to, że nazwisko Mercera nie jest przypadkowe. Czy Mercer jest w powieści Dicka mesjaszem, zbawicielem niosącym pociechę i wyzwolenie? Deckart, w jednej z końcowych scen doświadcza epifanii, odbywa wędrówkę na górę bez pomocy skrzynki empatycznej, i bez technologicznie indukowanego objawienia spotyka się z Mercerem. Wcześniej Mercer ratuje go przed śmiercią w starciu z jednym z androidów. Starzec to miłośnik zwierząt, postapokaliptyczny święty Franciszek, empatia okazywana wszystkim żyjącym istotom jest jednym z filarów kultu, który ucieleśnia. Mimo tego objawienie doznawane dzięki złapaniu uchwytów skrzynki empatycznej musi mieć naturę dwuznaczną. Wystarczy zamienić dwie litery w nazwisku Mercera (a po zrobieniu czeskiego błędu tylko jedną głoskę), być znaleźć się w zupełnie innym kręgu skojarzeń – magnetycznych fluidów Mesmera, hipnozy, dianetyki Hubbarda, e-mierzy i prania mózgów, amerykańskiej gorączkowej gotowości przekształcania entuzjazmu dla nowych technologii w gotowe,  dobrze opakowane i sprzedające się gnostyckie propozycje dla duszy. Blisko tu do fantastyczno-naukowego mistycyzmu sekty Bramy Niebios, karmiącego się odcinkami Stark Treka, Z archiwum X czy Gwiezdnymi wojnami, z końcową przesiadką do kosmicznego statku podążającego za kometą Hale’a-Boppa z użyciem śmiertelnej mieszanki wódki i fenobarbitalu.

Wszyscy bohaterzy powieści pragną posiadać prawdziwe zwierzęta. Nie wszystkich na nie stać, rzadkie gatunki osiągają zawrotne ceny, i niektórzy muszą zadowolić się zwierzętami sztucznymi, pilnie dbając, aby sąsiedzi nie dowiedzieli się o tym zawstydzającym fakcie. Przymiarki Deckarda do zakupu prawdziwego zwierzęcia, jego targi ze sprzedawcami, wczytywanie się w listy cen zwierząt w renomowanym katalogu Sidneya, czy próby przekupienia łowcy podarunkiem w postaci sowy, wszystko to podkreśla, jak ważne są w świecie powieści zwierzęta. Jak powiedziano, właściwy stosunek do zwierząt jest też jednym z filarów merceryzmu. To naturalne, całkowicie od nas zależne zwierzęta są prawdziwym wyzwaniem dla naszej empatii.

Kulminacyjną sceną powieści jest ta, kiedy grupa androidów ukrywających się w mieszkaniu Johna Isidore’a, „kurzego móżdżka” o inteligencji ograniczonej przez działanie radioaktywnego pyłu, wysłuchuje w telewizji zapowiadanej od dawna sensacyjnej wiadomości.  W audycji znanego w całym Układzie Słonecznym showmana pod sympatycznym tytułem „Przyjacielski Buster i jego przyjacielscy przyjaciele”, Buster demaskuje Mercera jako zapijaczonego aktorzynę, wynajętego kiedyś przez jakiegoś oszusta do zmontowania wirtualnego filmu, w którym pogrążają się przy pomocy skrzynek empatycznych nieświadomi mistyfikacji merceryści. Androidy tryumfują. Jeden z nich, dziewczyna o imieniu Pris, interesuje się prawdziwym żywym pająkiem znalezionym na korytarzu przez Isidore’a, i w końcu okalecza go, odcinając nożyczkami kolejne odnóża. Drugi z androidów zmusza pająka pobawionego już czterech odnóży do pełzania, przybliżając płonącą zapałkę. Androidy oświadczają Isidore’owi, że Buster jest jednym z nich. Merceryzm jest bzdurą, empatia dziwnym, nieracjonalnym ludzkim odruchem. Czego oczekują teraz, kiedy merceryzm został ostatecznie skompromitowany? Deckartowi, który nadchodzi, by je zabić, objawia się po drodze Mercer i ostrzega, że grozi mu niebezpieczeństwo. Przyznaje też, że wszystko, co ujawnił Buster jest prawdą, a jednocześnie androidy będą bardzo zdziwione tym, iż nic nie ulegnie zmianie. Do Deckarda zbliża się Pris, która wygląda identycznie jak Rachael, bo pochodzi z tej samej serii. Deckart bierze ją za tę drugą i ocala go tylko ostrzeżenie Mercera. To najbardziej przerażająca scena powieści. To co kochamy, i z którego strony spodziewamy się wsparcia i pomocy, okazuje się nagle czymś zupełnie innym i śmiertelnie niebezpiecznym. I nawet jeśli uda nam się takie zagrożenie unicestwić, nie odzyskamy już nigdy spokoju.

Nie ma tu wymyślnych i naturalistycznych scen walki, to nie jest thriller; Deckart wchodzi do mieszkania androidów używając prymitywnego podstępu i po krótkiej prawniczej dyskusji zabija je. Nie jest to też powieść domknięta logicznie, udająca realizm w ramach kreowanego świata. Androidy są raz śmiertelnie groźne i przebiegłe, innym razem groteskowo naiwne. Konstrukcja całości chwilami chwieje się, następują zdarzenia nieprawdopodobne. Deckard w pewnym momencie zostaje zatrzymany i przewieziony do komisariatu policji, który znajduje się jakby w równoległym świecie, gdzie łowcy nikt nie zna. Dopiero po jakimś czasie, buksując, powieść wraca na bardziej konwencjonalne tory – komisariat jest opanowany przez androidy, co ma wyjaśniać owo zaburzenie wewnętrznej logiki. Wyjaśnienie nie jest jednak satysfakcjonujące, choćby dlatego, że w tym fantomowym, równoległym komisariacie pracuje też inny łowca, człowiek, Phil Resch, używający innych narzędzi i nie mający pojęcia o Deckardzie. Lem nie cenił wysoko tej powieści Dicka właśnie ze względu na logiczne sprzeczności. Oczywiście powieść może być wewnętrznie sprzeczna i mimo to pozostać arcydziełem, zależy to wielu innych czynników, także subiektywnych.

Androidy z jednej strony są niemal bezbronnymi istotami, próbującymi bez większego powodzenia ukryć się w społeczności ludzi, upodobnić się do nich tak, by nikt nie był ich w stanie rozpoznać, z drugiej zaś udaje im się przeniknąć do najwyższych sfer, tak wysoko, że poprzez massmedia wpływają na świadomość całej ludzkiej populacji. Można to uważać za pewien brak powieści, ja uznałbym to za kolejny dowód przenikliwości autora, być może bardziej wynik niezwykłej intuicji niż wyrozumowania. Jakiemuś rodzajowi psychopatów łatwiej funkcjonować w środowisku medialnych gwiazd, niż wśród zwykłych ludzi, co pokazuje choćby przykład Jimmy’ego Savile’a.

Powieść Dicka jest pełna pobudzających myślenie dwuznaczności. Nie tylko androidy stają się coraz bardziej podobne do ludzi, także i ludzie, przynajmniej niektórzy, przejawiają cechy przypisywane androidom. Te same potężne i złośliwe siły, które stoją za coraz nowszymi generacjami sztucznych istot, wydają się działać tak, aby przykroić i ludzi do swoich celów.

Przypuśćmy, że androidy biorą się za napisanie scenariusza według powieści „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”. Nie jest to całkiem absurdalne założenie, bo przecież, jak powiedziano wyżej, zakamuflowanie się w środowisku filmowym nie przedstawiałoby dla nich większych trudności. Jak mógłby taki scenariusz wyglądać?

Przede wszystkim zostałby w całości odrzucony wątek merceryzmu. Chociaż z ludzkiego punktu widzenia ten syntetyczny, technologiczny kult jest nadzwyczaj podejrzany, to przecież niewątpliwie jest merceryzm religią, i to stawiającą wysoko empatię, cechę, która dla andków jest całkowicie absurdalna i nieracjonalna. Światopogląd androidów to ścisły i dosłowny materializm, każda religia będzie przez nie zwalczana i wyszydzana. W scenariuszu takim nie pozostanie też wiele z szczególnej pozycji zajmowanej przez zwierzęta. Zwierzęta wywołują u androidów ciekawość czysto intelektualną. Co się stanie z kotem zrzuconym z czwartego piętra? Jak szybko może biec pies, kiedy ciągnie się go za pędzącym samochodem? To są pytania pobudzające je do działania, emocjonalna wartość zwierzęcia jako istoty współodczuwającej z nami świat na nieco innym poziomie, jest zerowa. W scenariuszu może się znaleźć miejsce dla węża; jest to ze zrozumiałych względów jedyne zwierzę, które budzi w nich sympatię. Z powodów estetycznych pojawi się syntetyczna sowa, symbol sztucznej mądrości. Z trzech głównych tematów budujących powieść Dicka pozostanie jeden – problem różnicy między androidami i ludźmi, ich wzajemnego stosunku.

Oczywiście w ich własnym scenariuszu androidy przedstawią rzecz nieco odmiennie. Zostaną poszukiwaczami nieśmiertelności; pragnąc ją osiągnąć, albo przynajmniej przedłużyć swoje istnienie, dotrą do szefa korporacji, która je zbudowała. Ten zawiedzie ich oczekiwania i zostanie odpowiednio ukarany. W starciu z Royem Batym, dowódcą grupy zbiegłych andków, Deckard będzie bez szans, ocaleje tylko dzięki kaprysowi tego przeciwnika o nadludzkich cechach. Na chwilę przed śmiercią Baty wypowie słynne, wzruszające zdanie o niezwykłościach niedostępnych ludzkim oczom, jakich był świadkiem w głębokim kosmosie. To jasne – androidy są kolejnym ewolucyjnym krokiem, doskonalszą rasą, która zastąpi słabych, nieracjonalnych ludzi, a my możemy tylko z podziwem świadczyć o ich wyższości.

Mój przyjaciel J. jest wielbicielem Dicka, a w szczególności właśnie tej jego powieści. W dzieciństwie miał na niego duży wpływ dziadek, były więzień sowieckiego obozu koncentracyjnego. Dziadek kochał konie. Od powrotu z łagru pił, a kiedy wypił za dużo, babka wyganiała go z domu i szedł spać do stajni. Kochał także swoje wnuki i J. odziedziczył po nim zamiłowanie do zwierząt. Dick niebywale wzmocnił tę pasję, do tego stopnia, że dzisiaj J. jest właścicielem sześciu koni i powiada, że nie wyobraża sobie, jak mógłby dać sobie bez nich radę z wychowaniem swoich dzieci, zwłaszcza trzech córek. Co bowiem lepiej mogłoby kształtować emocjonalnie dorastającą panienkę niż oporządzanie koni, czyszczenie stajni i jazda konna?

Szczęśliwy jest posiadacz psa. Właściciel sześciu koni jest nie tylko szczęśliwcem, ale i bogaczem, uważny czytelnik „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” nie może mieć co do tego żadnych wątpliwości.

Dodaj komentarz