Michel Houellebecq, opowieść wigilijna

Mapę i terytorium pożyczyła mi M., wspominając przy tej okazji o swojej starej miłości do Paryża. Okazało się potem, że rzeczywiście powieść Houellebecqa takie wspomnienia, jeśli ktoś je posiada, musi silnie przywoływać.

Jednak do lektury tej książki zachęciła mnie całkiem inna jej uwaga. Mianowicie główny bohater powieści, Jed Martin, jest artystą, malarzem i fotografem, a w pewnym okresie swojej kariery artystycznej pasjonuje się mapami, konkretnie mapami drogowymi Michelin. W jednym z przełomowych momentów życia doznaje olśnienia:  „O trzeciej po południu zatrzymali się na stacji przed La Souterraine; na prośbę ojca, który podjechał zatankować, Jed kupił mapę Michelin departamentów Haute-Vienne i Creuse. I właśnie w tym momencie, rozkładając mapę o dwa kroki od zapakowanych w celofan kanapek, przeżył drugie w swoim życiu odkrycie estetyczne. Mapa była niezwykła; doznał takiego wstrząsu, że ogarnęły go dreszcze. Nigdy w życiu nie widział czegoś równie wspaniałego, równie pełnego emocji i znaczenia jak ta mapa Michelin departamentów Haute-Vienne i Creuse w skali 1:150 000. Esencja nowoczesności, naukowego i technicznego pojmowania świata, łączyła się w niej z esencją życia zwierzęcego. Rysunek był finezyjny i piękny, absolutnie klarowny, z ograniczonym kodem kolorystycznym. Ale w każdym z miasteczek i każdej z wiosek o nazwach zapisanych w różny sposób, zależnie od ich wielkości, tętniło, buzowało życie dziesiątek istnień ludzkich, dziesiątek lub setek dusz, z których jedne zasłużyły na potępienie, inne na życie wieczne”.

Jed zaczyna fotografować mapy Michelin, i tworzy z nich przedmiot sztuki, co niespodziewanie przynosi mu rozgłos i oszałamiający sukces.

Ponieważ sam zrobiłem tysiące zdjęć map, także i map Michelin, to kiedy M. wspomniała o tej pasji bohatera Mapy i terytorium, wzbudziła tym moje żywe zainteresowanie. Poczułem też niemal natychmiastową sympatię do tego nieznanego mi jeszcze bohatera nieprzeczytanej książki.

Osią powieści Houellebecqa są kolejne przemiany Jeda Martina jako twórcy. Praca określa go i definiuje niemal całkowicie. Jest to, jak pisze Houellebecq, cecha charakterystyczna człowieka Zachodu. Kiedy ludzie Zachodu chcą się poznać, dowiedzieć się, kim jest ich rozmówca, to pytają przede wszystkim o zawód. Praca ludzka i jej wytwory są też przedmiotem kolejnych artystycznych pasji Jeda. Maluje obrazy, których tematem są ludzkie profesje. Kiedy stara się o przyjęcie na Akademię Sztuk Pięknych, przynosi ze sobą teczkę zatytułowaną Trzysta fotografii artykułów metalowych. Jest to jego pierwsze prawdziwe dzieło. „Zamiast podkreślać połysk metalu i groźne kształty, Jed zastosował neutralne, mało kontrastowe oświetlenie, fotografując obiekty na tle z szarego weluru. Śruby, nakrętki i klucze francuskie nabierały wyglądu dyskretnie połyskliwych klejnotów”. Żywe zainteresowanie artysty budzą też oczywiście jego własne narzędzia pracy. Wspomniane artykuły metalowe fotografuje aparatem swojego dziadka, marki Linhof Master Technika Classic. Wydaje się, że z tym niezwykle precyzyjnym i solidnym urządzeniem (mającym rzeczywiście kultowy status wśród profesjonalnych fotografów) wiąże Jeda prawdziwe i głębokie  uczucie.

Produkty o doskonałej jakości zaspokajają najgłębsze potrzeby i budzą prawdziwe uczucia nie tylko u twórcy, równie istotne znaczenie mają dla konsumenta.

W roli jednego z nich występuje sam Houellebecq. Pisarz bowiem umieszcza samego siebie w powieści, jako jedną z postaci, drugą w hierarchii ważności, zaraz po głównym bohaterze Jedzie Martinie. Houellebecq-autor rozgrywa to znakomicie, bez napuszenia, ze zgryźliwą autoironią i doskonale wyważonym poczuciem humoru. Wchodzi w jakimś stopniu w długą tradycję literatury biorącej za temat proces tworzenia, i z tego ryzykownego przedsięwzięcia wychodzi zdecydowanie obronną ręką.

Kiedy Jed odwiedza Houellebecqa w jego domu w Irlandii, następuje znakomita scena, w której pisarz wymienia ukochane przez siebie produkty: „W swoim życiu konsumenta — oznajmił — poznałem trzy produkty idealne: buty Paraboot Marche, laptop z drukarką Canon Libris i kurtkę Camel Legend. Namiętnie je pokochałem, mógłbym z nimi życie spędzić, regularnie je odkupując w miarę, jak będą się zużywały. Między nami powstała doskonała więź, czyniąca ze mnie szczęśliwego konsumenta”. Jednak szczęście Houellebecqa (tego powieściowego) trwało krótko i zostało zniszczone przez wprowadzenie przez producentów nowych modeli. Houellebecq wspominając owe perfekcyjne wyroby i rozpaczając nad ich losem (najmarniejsze gatunki zwierząt żyją tysiące lat, tymczasem kurtka Camel Legend przeżyła zaledwie jeden sezon) zaczyna rzewnie płakać.

Przypomina mi to zdarzenie opowiedziane przez M., tę właśnie moją przyjaciółkę, która pożyczyła mi Mapę i terytorium. Otóż jej mąż udał się do jakiegoś salonu audiofilskiego i usłyszawszy dźwięki wydobywające się z zaawansowanych kolumn bajecznej jakości również się rozpłakał. Prawdę powiedziawszy nie słyszałem, aby zdarzyło mu się zalać łzami w jakiejkolwiek innej sytuacji.

Mapa i terytorium to oczywiście nie tylko opowieść o pracy, tworzeniu i produktach, jednak to właśnie praca i twórczość rzuca cień na wszystko, co przeżywa bohater. Jed przeżywa miłości, ale jego najważniejsza ukochana, Olga, kobieta, która w innych okolicznościach (albo w czasach nie tak zdominowanych przez kult pracy) zostałaby z pewnością jego żoną, opuszcza go, by objąć ważne stanowisko w Moskwie. Jed nigdy jej nie odwiedza, wyjście poza socjologiczne środowisko, umożliwiające mu artystyczną ekspresję, jest nie do pomyślenia. Miłość, rodzina, prokreacja są absolutnie drugorzędne w stosunku do imperatywu tworzenia.

Inny motyw powieści, relacja Jeda z ojcem, staje się z biegiem czasu coraz ważniejszy. Pan Jean-Pierre jest niespełnionym architektem-wizjonerem, który ostatecznie zostaje przedsiębiorcą budowlanym, nieszczęśliwym mimo sporego powodzenia w prowadzonym biznesie. Starzejącego się ojca Jed odwiedza co roku w Wigilię, i kolejne spotkania odmierzają rytm powieści, jak uderzenia zegara zwiastującego zbliżającą się śmierć. Ostatnia z tych Wigilii jest swego rodzaju spowiedzią ojca wobec syna, wyznaniem winy jedynie możliwym w ich świecie – przyznaniem się do twórczego niespełnienia. Chory na raka ojciec po raz pierwszy (i ostatni ) opowiada synowi o swoim życiu, zwierza się szczerze ze swoich drobnych i większych porażek. Jedną z tych drobnych jest historia z dzieciństwa, kiedy mały Jean-Pierre próbuje zbudować w stodole gniazdo dla jaskółek. Nie udaje się to, jaskółki nie chcą przebywać w jego gnieździe, a nawet opuszczają całkiem stodołę. Już po śmierci ojca Jed przeglądając jego nigdy niezaakceptowane i niezrealizowane projekty dochodzi do wniosku, że były ponawianą wciąż próbą zbudowania tego jaskółczego gniazda.

Ostatecznie Jed Martin konfrontuje się z najważniejszym problem, który w końcu dotyka każdego z nas. Konfrontacja przebiega i na poziomie osobisty, bo Jed starzeje się i zaczyna umierać, i na poziomie jego twórczości. Bogaty ponad swoje potrzeby, w swojej obszernej posiadłości pracuje samotnie aż do końca nad swoim ostatnim, najbardziej przejmującym projektem. Tworzy wideogramy, obrazujące rozpad przedmiotów wytworzonych przez człowieka. Zdjęcia ulegających degradacji układów scalonych zastępowane są stopniowo przez sekwencje przedstawiające wchodzący na ich miejsce zwycięski świat roślin. Ostatnie dzieła Jeda kontemplują nie tylko unicestwienie artefaktów; poświęca całe lata na zobrazowanie procesu stopniowego zniszczenia fotografii jego bliskich, czy laleczek przedstawiających anonimowe postaci ludzkie.

Uporczywa praca, aż do końca, wydaje się jego jedynym sposobem obrony, paradoksalnym, bo sztuka próbująca dowodzić daremności wszelkiego ludzkiego tworzenia zaprzecza oczywiście sensowności samej siebie.

To poprzednie zdanie brzmi w kontekście powieści zbyt poważnie, zbyt pretensjonalnie, a nawet idiotycznie; bowiem co i rusz mamy wrażenie, że zza kurtyny zapisanych zdań zerka na nas szelmowska, błazeńska gęba Houellebecqa, tego jeszcze żyjącego, i że to, co mylnie i prostodusznie bierzemy za głęboką powieść o życiu, jest zabawą pokrewną igraszkom Borgesa i Bioy Casaresa.

Bliski śmierci, Jed wspomina kobiety, które poznał. „Powracały jeszcze wspomnienia miękkich piersi, zręcznych języków, ciasnych wagin. Cóż, nie miał tak złego życia.” Jednak czytelnik pamiętający dobrze wszystko to, co nastąpiło wcześniej, musi czytać tę deklarację z ironicznym uśmieszkiem. Kiedy Jed spotyka po raz ostatni Olgę, kobietę swojego życia, upija się; ciągle piękna Rosjanka prowadzi go do swojego luksusowego apartamentu. Po drodze Jed kilka razy wymiotuje, a kiedy budzi się rano, zupełnie nie pamięta, czy doszło między nimi do jakichkolwiek seksualnych czynności.

Mimo wszystko skwapliwe oddanie tym dwóm bezlitosnym świeckim idolom, samorealizacji i seksowi, spotkałoby się z pewnością z świeckim błogosławieństwem Wielkiego Mistrza Wielkiego Wschodu Francji, gdyby nie cała seria drobnych niekonsekwencji.

W jednej z wcześniejszych scen Jed wchodzi do wnętrza kościoła Notre-Dame de la Gare i widzi modlącą się przed posągiem Matki Boskiej czarnoskórą dziewczynę, ale całą jego uwagę mimowolnie przykuwa jej kształtna pupa opięta cienkimi białymi spodniami. Wiara w Boga, myśli nasz bohater, czując pewne zakłopotanie, ma jednak swoje zalety, bo kiedy już nic nie możemy zrobić (a zawsze jest tak, że w końcu nic nie możemy zrobić), to zawsze można się pomodlić.

Kiedy Jean-Pierre Martin udaje się do Zurychu, gdzie przy pomocy znanej firmy Dignitas zostaje zamieniony na pokarm dla karpia brazylijskiego, obruszony tym Jed rusza śladem ojca i bije do nieprzytomności pracownicę firmy. Dlaczego to robi? Przecież takie zachowanie nie mieści się w kanonie racjonalnego zachowania nowoczesnego liberała. Nawet jeśli Dignitas dopuszcza się drobnych nieprawidłowości, na przykład nie spełnia ostatniej woli poddawanych spopieleniu pacjentów, i oszczędzając na kosztach, zamiast wieźć prochy do kraju pochodzenia i urządzać pogrzebowe ceremonie z udziałem krewnych, wywala urny od razu do jeziora, to nie czyni tym nikomu żadnej krzywdy. Bowiem ci, którzy mogliby się takim obrotem sprawy poczuć dotknięci, już w momencie czynu nie istnieją. Dignitas jest przedsiębiorstwem jak każde inne, wykonuje lepiej lub gorzej jedną z usług dostępnych współczesnemu człowiekowi, a mimo to doznajemy uczucia satysfakcji i atawistycznej solidarności z Jedem, który tłucze pięściami bezbronną kobietę i doprawia kopniakiem w splot słoneczny, po czy nabiera apetytu na raclette z surową szynką, które spożywa popijając winem z regionu Valais.

W powieści jest kilka akcentów polskich, warto je przytoczyć dla podniesienia serc radujących się naszym burzliwym cywilizacyjnym awansem dokonującym się na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza.

Na lotnisku Shannon w Irlandii Jed przeglądając rozkład lotów zauważa, że z miejsca tego samoloty odlatują tylko do dwóch zachodnioeuropejskich stolic, Paryża i Londynu. Loty te obsługują Air France i British Airways. Samoloty Ryanair latają aż do sześciu miejsc w Hiszpanii i na Wyspach Kanaryjskich obsługując turystów, oraz do sześciu miast w Polsce, Krakowa, Gdańska, Katowic, Łodzi, Warszawy i Wrocławia, wożąc imigrantów polskich. „Płaską, izometryczną mapę świata zastąpiła nienormalna topografia, w której Shannon leży bliżej Katowic niż Brukseli”.

Prowadząc z Jedem pasjonującą rozmowę o kaloryferach Houellebecq powiada: „W zasadzie żeliwo nadaje wnętrzu nieco dziewiętnastowieczny charakter, jak w mieszkaniach dla robotniczej arystokracji hutnictwa wielkopiecowego, w sumie szalenie staroświecki, a przecież żeliwo jest nadal produkowane, oczywiście nie we Francji, raczej w takich krajach jak Polska czy Malezja.”

Kiedy Jed udaje się do restauracji z Houellebecqiem, wino serwuje im polski kelner. Houellebecq narzeka: „Nie są w stanie serwować białego wina odpowiednio schłodzonego.”

Oceniając siedzibę Dignitas, Jed stwierdza, że to banalny budynek „bardzo w stylu Le Corbusiera […] Jedyną różnicę stanowiła jakość betonu; można było mieć pewność, że beton szwajcarski jest nieporównanie lepszy od betonu polskiego, indonezyjskiego czy malgaskiego.”

Mapa i terytorium sięga w przyszłość, powieść kończy się w latach dwudziestych XXI wieku. Szczęśliwa Francja przeżywa bezpiecznie kolejne kryzysy, opierając swoją gospodarkę na rolnictwie i wyrobach lokalnych. Problem imigracji znika, bo kiedy stopniowo likwidowane są zasiłki socjalne, przestaje się opłacać emigracja do tego kraju.

Mimo to powieść wieńczy obraz unicestwienia indywidualnego i niejasna zapowiedź cywilizacyjnej zapaści, którą symbolizują kolosy dawnego przemysłu zarastane odradzającymi się lasami. Taka opowieść wigilijna jest nieprawdziwa, prawdziwa powinna zamykać się optymistycznie. Dlatego przywrócę na koniec wszystkim rzeczom właściwe proporcje.

K., mąż mojej przyjaciółki M., jest utalentowanym plastykiem. Pracuje jako grafik komputerowy, ale nie traktuje swojej pracy jako najważniejszego celu w życiu. Kiedy zmarła jego matka, był tym przybity. Tak się złożyło, że właśnie wtedy urodził im się syn i wydaje się, iż jego przygnębienie ucichło, zastąpione innymi troskami i potrzebami nowego życia.

Tego samego wieczora, kiedy M. wręczyła mi Mapę i terytorium, K. pochwalił się swoim nowym dziełem. Było to niezwykłe łóżko, które przez kilka miesięcy budował dla swojego syna. Solidne, drewniane, podwieszone pod sufitem, ozdobione grubymi linami, które jednocześnie zabezpieczają przed wypadnięciem, wygląda jak fragment okrętowej kajuty. Wchodzi się do niego po sprytnie skonstruowanych pionowych drewnianych schodkach. Otoczone jest schowkami, światło włącza się pilotem, a na linach kołysze się model żaglowca. Dobór drewna i użytych farb świadczy o nadzwyczajnej staranności i dokładności. Widać, że klient jest wyjątkowy; w jego oczach można dojrzeć to zadowolenie, które zapewne było celem artysty. Prawdziwe dzieło sztuki, absolutne przeciwieństwo laleczek polewanych dla przyspieszenia rozkładu kwasem siarkowym, wykonane dla tego jednego, jedynego na świecie odbiorcy. Jak gniazdo jaskółki, myślę sobie, takie, którego nie potrafił zbudować ojciec Jeda.

Cytaty: Mapa i terytorium, Michel Houellebecq, tłum. Beata Geppert

Dodaj komentarz