Igraszki z czasem

Nowoczesna fizyka sugeruje, że być może czas jest tylko iluzją. Tak naprawdę istnieje tylko ogromna kolekcja różnych stanów, w jakich znajdował się/znajduje się/będzie się znajdował Wszechświat. Stany te można sobie wyobrażać jako skomplikowane zdjęcia. Taśma filmowa zawiera wiele kolejnych klatek, jej ruch w projektorze wytwarza złudzenie ciągłości i upływu czasu. Ale istnieją realnie tylko zdjęcia, gdyby taśmę pociąć na kawałki, z jednym zdjęciem na jednym kawałku, to pudełko z takimi wycinkami zawierałoby dokładnie tę samą informację.

SONY DSC

Ktoś mógłby powiedzieć, że to nieprawda, bo zostało zniszczone uporządkowanie, kolejność klatek. Jednak porządek daje się przywrócić dopasowując do siebie klatki. Ich kolejność można odgadnąć. Spadająca ze stołu szklanka rozbija się, kolejne klatki powinny zawierać obraz szklanki w następujących po sobie fazach ruchu. Uporządkowanie wynika z praw fizyki. Klatki numerujemy posługując się prawami dynamiki. Pozostaje problem właściwej kolejności. Jeśli ponumerujemy je od 1 do 100 000, to skąd wiemy, że taka kolejność jest właściwa, tzn. że numerowanie nie powinno przebiegać od 100 000 do 1? Szklanka w całości poprzedza szklankę rozbitą. Potwierdza to doświadczenie potoczne i druga zasada termodynamiki. Zatem dołączywszy instrukcję numerowania zdjęć, czyli zestaw praw fizyki, dojść można do wniosku, że kosz ze zdjęciami jest równoważny filmowi. „Czas filmowy” jest złudzeniem, podobnie jak czas rzeczywisty. Elokwentnie opowiada o tym Julian Barbour, przypominając Parmenidesa twierdzącego, że nic się nigdy nie zmienia, a istnienie jest sprzeczne ze zmianą. Twierdzenie to na początku wykładu przyjmowane ze śmiechem, pod koniec wydaje się niezwykłym przykładem starożytnej antycypacji dzisiejszego punktu widzenia fizyki.

Taki obraz świata oczywiście bardzo kłóci się z naszą intuicją, jak wiele innych obrazów podsuwanych nam przez współczesną naukę. Skoro istnieje tylko kolekcja niezmiennych chwil, to jak powstaje to złudzenie chwili teraźniejszej? Dlaczego wydaje się nam, że jest w pewien sposób uprzywilejowana, wyróżniona, tak że w ogóle możemy myśleć o przeszłości i przyszłości? Albo w jaki sposób powstaje wrażenie, że odbywamy podróż w czasie i każda chwila teraźniejsza wpada zaraz do podzbioru stanów nazywanego przeszłością?

Próba przestawienia się na sposób odczuwania rzeczywistości, który byłby zbliżony do podobnego obrazu, skończyłaby się pewnie psychicznymi powikłaniami i poważnymi dysfunkcjami. Teoria godząca nasze subiektywne odczucie z istnieniem świata jako kolekcji niezmiennych przekrojów przestrzeni fazowej musiałaby siłą rzeczy być jednocześnie teorią świadomości. A przecież i w samej tej dziedzinie, mianowicie w kognitywistyce, nastąpiła skuteczna dekonstrukcja pojęcia świadomości. Byłaby to więc jakaś próba pożenienia poglądu, według którego czas nie istnieje, i jest złudzeniem, produktem ubocznym świadomości, z przekonaniem, że sama świadomość to mrzonka, dynamiczny opar unoszący się nad rojem autonomicznych i współzawodniczących podukładów, składających się na iluzję umysłu.

Wszystkie te rewelacje nie przeszkadzają snuć nam ciągle tych samych starych opowieści o czasie. Jedną z nich jest film Woody’ego Allena „O północy w Paryżu”. Młody amerykański pisarz Gil Pender (Owen Wilson) przyjeżdża z narzeczoną Inez (Rachel McAdams) do Paryża. Jest zafascynowany paryskimi latami dwudziestymi. Kiedy próbując wrócić do hotelu błąka się po zaułkach Paryża, otwierają się przed nim wrota czasu – podjeżdża samochód z grupą rozochoconych imprezowiczów i zabiera go w czas, który bohater uważa za złoty wiek. Spotyka tam Francisa Scotta Fitzgeralda z Zeldą, Hemingwaya, Gertrudę Stein, Picassa, Salvadora Dalí i jego przyjaciół surrealistów. Ci ostatni ze zrozumieniem i bez zdziwienia przyjmują zwierzenia Pendera o tym, że jest przybyszem z innych czasów. Adriana, kobieta przeżywająca burzliwy romans z Picassem, także kochanka Hemingwaya, oczarowuje Gila i po różnych perypetiach, odbywających się i w czasie współczesnym, i w latach dwudziestych, spotykają się w bardzo romantycznych okolicznościach. Jednak spotkanie zostaje przerwane przez kolejny przeskok w czasie. Adriana marzy o Belle époque, i oto nadjeżdża dorożka i zawozi ich do Paryża, w którym cieszyć się można towarzystwem Lautreca, Degasa i Gaugaina. Okazuje się szybko, że owi artyści sami nie doceniają niezwykłości swego czasu i tęsknią za renesansem. Adrianie nie przeszkadza to i pozostaje w Belle époque. Pisarz wraca do Paryża współczesnego, wyzbywszy się swojej tęsknoty za latami dwudziestymi, zrywa z narzeczoną i oświadcza, że pozostaje w Paryżu, tym dzisiejszym, i zamierza zająć się na poważnie pisaniem.

Oczywiście film jest autoironiczną komedią. Gil to wzięty scenarzysta, który gardzi swoją pracą i marzy o karierze pisarskiej. Rodzina Inez to radykalni republikanie, z których poglądów Pender szydzi przy każdej okazji. Postacie z przeszłości są stereotypowe i przerysowane, co czasem daje ładny efekt (jak kiedy Dalí przedstawia się pisarzowi, barokowo akcentując swoje nazwisko, tak że nie sposób go zapomnieć).

Film można widzieć jako dość banalną fantastyczną opowiastkę o czasie, o różnych czasach i naszych o nich wyobrażeniach. Czy ktoś naprawdę marzy o tym, by znaleźć się w latach dwudziestych? Z pewnością, gdyby taka możliwość tylko realnie zaistniała, znalazłoby się sporo chętnych, nie zważających na czyhające na nich pułapki. Przecież nawet niedawno ogłoszona samobójcza jednokierunkowa misja na Marsa znalazła natychmiast mnóstwo amatorów.

Wszystko to jest oczywiście pretekstem do wzbudzania całej palety różnych emocji. Film zaczyna się serią ujęć współczesnego Paryża, pogrążonego w deszczu. Zwyczajne, codzienne widoki europejskiej metropolii o wielkiej historii. Wszystkie te obrazki, choć współczesne, są już dziś po drugiej stronie, w kolekcji zwanej przeszłością.

Nie musimy tęsknić za latami dwudziestymi. Każda teraźniejsza chwila jest źródłem nostalgii, kontemplując ją patrzymy na to, jak zamienia się w nieruchomą, nieosiągalną, rozmywającą się w ciemniejącym deszczu wieczność.

 

Dodaj komentarz