Widmo Sławomira Mrożka niespiesznym krokiem

<<Nie ruszałem się więc z Krakowa przez dwadzieścia sześć lat. W ciągu tych lat nagromadziło się sporo z pozoru nieważnych zdarzeń, a potem odszedłem bardzo daleko i przez trzydzieści trzy lata życia żyłem na różnych kontynentach. Obecnie odnalazłem się znowu w miejscu nad Wisłą. W miejscu, które można obejść za dnia wolnym krokiem, nigdzie się nie śpiesząc. Otóż ilekroć wyszedłem z domu, nękały mnie owe „powracające widma”. Polegało to na tym, że pojawiał się podwójny czas: jeden bieżący i drugi – jako wspomnienie. Na przykład, przechodząc koło kościoła Mariackiego, widzę, że naprzeciwko idzie młody człowiek. Zbliżamy się do siebie i nagle orientuję się, że ten młody człowiek – to ja. Tylko że dzieli nas różnica wieku – pięćdziesiąt lat. Młody człowiek znika, zanim zdążę się do niego odezwać.>>

Baltazar. Autobiografia, Sławomir Mrożek

Slawomir Mrozek

Powyższy cytat z Mrożka wymaga jednak komentarza, dlatego po czasie wracam do niego.

Mrożek pisze o tym w swojej autobiografii, która miała między innymi cel rehabilitacyjny. Po udarze mózgu i wystąpieniu afazji, czyli upośledzeniu zdolności posługiwania się językiem, książka ta była częścią procesu leczniczego, jakiemu został poddany. Każdy, kto zetknął się z przypadkiem afazji musi przyznać, że rezultat okazał się nadzwyczajny. W przepychance między pisarzem a pacjentem pierwszy okazał się mocniejszy.

Jednak oczywiście śmierć zawsze trzyma cały zestaw fałszywych atutów w rękawie, i zawsze ostatecznie wygrywa, czy to z pacjentem, czy pisarzem. Jej chłodny uścisk czujemy na długo przed końcem, i na długo przed nim ćwiczymy kroki ostatniego z nią tańca.

Stary Mrożek spacerujący po Krakowie i spotykający swoje widmo sprzed pięćdziesięciu laty doświadczał być może przedsmaku tego, co nieuchronnie nastąpi. Smakował śmierć, poprzez smakowanie nieistnienia (albo chwilowego, widmowego istnienia), swojej młodszej postaci.

Różne świadectwa mówią o tym, że w chwili śmierci (albo w chwili wielkiego zagrożenia śmiercią) przed oczyma przesuwa się szybko korowód scen z całego życia. Oglądamy siebie w różnych czasach i postaciach, dokonujemy szybkiego bilansu. Może ostatecznego osądu. Nie wykluczone zatem, że także Mrożek na samym końcu ujrzał cały szereg widm, kolejnych wcieleń, które jedne po drugich się rozmyły, a potem zobaczył, że to ostatnie widmo jest nim samym. To kuszące przypuszczenie, że w Baltazarze opisał, jak uchyla się furtka prowadząca do przyszłości, chociaż wydawało mu się (i czytelnikowi), iż chodzi o przeszłość.

Co się stało, kiedy zniknęło i to ostatnie widmo? Wstąpienie w zaświaty. Jeśli nie, to gdzie jest Mrożek? Wychudzony facecik z parasolem opartym na ramieniu, lśniący, mokry, nierówny bruk, w tle podniszczone kamienice i kupy gruzy litościwie rozmyte przez nieostrość drugiego planu. Dwaj nieświadomi doniosłości chwili chłopcy, pewnie jeszcze żyją. Tak Mrożek rozmywa się i w naszych umysłach, razem z nami. Jeśli nie jesteśmy nieśmiertelni, to znaczy, że nie istniejemy.

 

Dodaj komentarz