Ci, którzy wyskakują z tratwy

Większość z nas miała okazję poznać osobiście atrakcję, jaką jest spływ tratwą Dunajcem od Sromowców Niżnych do Szczawnicy lub Krościenka. Jest to żelazny punkt wycieczek w tych okolicach Polski. Sam doświadczyłem tej przyjemności, o ile dobrze pamiętam, dwukrotnie. Po raz pierwszy w czasach licealnych, na wycieczce szkolnej (jest to swoisty rytuał przejścia, wspólny całym pokoleniom Polaków, tworzący być może jedną z głębokich warstw zbiorowej nieświadomości). Po słowackiej stronie rzeki przebiega szlak pieszy i rowerowy, i spływający tratwami widzą po prawej stronie, powyżej, jadących rowerami, ci zaś widzą poniżej tych pierwszych. Szlak po stronie słowackiej, od Czerwonego Klasztoru do Leśnicy, przejechałem również dwukrotnie na rowerze. Za pierwszym razem udało mi się zrobić zdjęcie, które jest chyba jedną z najlepszych spośród wszystkich moich fotek. Zdjęcie jest technicznie kiepskie, zrobione zostało kompaktowym Panasonikiem z wysuwanym elektrycznym silniczkiem pyszczkiem, jednak jego treść bardzo mnie zawsze pobudza do najróżniejszych skojarzeń.

 tratwa

Na zdjęciu widać ekipę żywo sobą zajętą, choć przejawiającą także pewne oznaki niespokojnego zainteresowania tym, co dzieje się wokół. Ci najbliżej brzegu tratwy, mimo że nadzwyczaj zaangażowani w wewnętrzną aktywność tej małej zbiorowości, odrywają od niej na chwilę uwagę i rzucają okiem na pluskające za burtą fale. Ktoś, kto miałby ochotę na snucie dalszej analogii i porównywał dostojnych, uważnych flisaków do przywódców jakiejś większej wspólnoty, z pewnością popełniłby nietakt i krzywdził mocno tych pierwszych.

A jednak rysująca się przed nami miniaturowa społeczność ma w sobie coś klaustrofobicznego, i chyba dlatego o zdjęciu przypomniałem sobie usłyszawszy kilka dni temu o tym, iż co roku jakieś piętnaście tysięcy Polaków znika.

Więcej niż osiemdziesiąt procent wkrótce odnajduje się, ale część przepada na zawsze (Ze zdziwieniem uświadomiłem sobie, że w kręgu moich znajomych są aż dwa przypadki ludzi, którzy zniknęli na amen, jak kamień w wodę). Wśród tych piętnastu tysięcy są z pewnością bardzo różni ludzie, najrozmaitsze przypadki. Dzieci, które uciekły z domu. Kobiety, które porzuciły mężów. Mężowie, którzy porzucili swoje żony. Ludzie, którzy stracili pamięć i ruszyli w drogę, z której nie ma już powrotu. Tacy, którzy tę pamięć po jakimś czasie odzyskali i się odnaleźli, jak Dorothy Hare, bohaterka powieści Orwella „Córka proboszcza”. Ludzie porwani, zamordowani, przepadli w nieszczęśliwych wypadkach. Chorzy ze skórzanym paskiem w garści, niespokojną wietrzną nocą szukający w ciemnym lesie dobrego miejsca i mocnej gałęzi. Desperaci kładący szyję na chłodnej stali szyny i z zaciśniętymi powiekami wypatrujący światła.

I tacy, dla których dalsze trwanie na tej czy innej tratwie, w kręgu tych samych, powtarzających się, duszących ceremonii, staje się w jakiejś chwili nie do wytrzymania, i dlatego muszą tę tratwę natychmiast opuścić, nie zważając na nic, nie odzywając się przy tym ani słowem, niczego nie planując, gnani wilczym popędem. Zdobywając tak jakąś straszną wolność i zostawiając swoich w poczuciu najzupełniejszej, najokropniejszej bezradności.

Wreszcie wobec wszystkiego obojętni.

Dodaj komentarz