Morawski spleen

Niech będzie najpierw cała Czechosłowacja.

Po tym państwie został mi ołówek automatyczny. Bardzo porządny, przetrwał wiele, chociaż kiedy przyglądam się teraz umieszczonemu na nim napisowi – CZECHOSLOVAKIA KOH-I-NOOR Verstatie 5205, widzę, że pokrywający go lakier jest już popękany. Mimo to, gdyby miał występować jako świadek przed jakimś trybunałem historii, zaświadczyłby na korzyść tych wszystkich okoliczności, które doprowadziły do jego powstania. Począwszy od Austro-Węgier, bo firma Koh-i-nor została założona w 1790 roku w Austrii, przez Josepha Hardtmutha, i dopiero w 1848 przeniesiona przez jego synów do Czeskich Budziejowic.

Jednak najstarszym przedmiotem związanym z Czechosłowacją, jaki pamiętam, jest jaskrawożółty blaszany nakręcany samolocik, który przywiozła z zakładowej wycieczki do bratniego kraju socjalistycznego moja babcia. Razem z samolocikiem przywiozła piórnik i tornister (niedługo miałem pójść do szkoły), ale jasne, że samolocik zapamiętałem lepiej. Zapamiętałem też ten pierwszy powiew czegoś odmiennego, nieznanego, co leżało niby bardzo blisko, a mimo to było odgrodzone od mojego świata bardzo konkretną granicą, strzeżoną pilnie przez największą na świecie siłę.

Wkrótce potem, huśtając się na drewnianej furtce przy naszym domu, mogłem zobaczyć okruch tej siły w działaniu. Przez naszą ulicę jechały na zachód na wielkich platformach sowieckie czołgi. Zauroczony, jak wszystkie dzieci w moim wieku, Czterema pancernymi i psem, patrzyłem na to widowisko z rozdziawionymi ze zdziwienia ustami. Owa ogromna siła objawiła się jeszcze na dwa sposoby. Po pierwsze, jako pijany sowiecki żołnierz maszerujący tą samą ulicą i pytający, którędy na Pragę. Po drugie, fascynującymi przedmiotami, w których posiadanie weszli jakimiś dziwnymi sposobami bardziej ode mnie przedsiębiorczy koledzy. Były to skórzane pasy żołnierskie i odznaki z czerwonymi gwiazdami. Przedmioty te stały się natychmiast obiektem powszechnego pożądania i gorączkowego handlu wymiennego.

Jakiś czas po tych wydarzeniach Czechosłowacja stała się w środowisku, w jakim dorastałem, przedmiotem zdecydowanej niechęci. Przyjeżdżający stamtąd opowiadali, że sowiecka gwiazda jest tam wszechobecna, a Czechosłowacy są gorliwymi wyznawcami kultu, którym uzasadniała się wspomniana wyżej siła.

Z czasem przekraczanie południowej granicy stało się łatwiejsze. Nie spowodowało to jednak polepszenia wzajemnej opinii. My z peerelu byliśmy przede wszystkim niechętnie widzianymi klientami czechosłowackich sklepów, lepiej zaopatrzonych niż nasze. A potem była Solidarność i cała kampania nienawiści, pokazująca Polaków jako rwących się do nieuzasadnionych strajków nierobów, których słusznie spotykają różne biedy. A jeszcze potem był stan wojenny.

I wreszcie Milan Kundera, który zupełnie zmienił mój sposób widzenia Czechów. Tak, Czechów, już nie Czechosłowaków. Unikam słowa Czechosłowacja, bo to zbyt młode słowo. W prozie należy używać słów dostatecznie starych, których znaczenie ustaliło się, nasyciło treścią. Tak mniej więcej napisał Kundera. To stwierdzenie bardzo mi się spodobało, choć jednocześnie wprawiło w zakłopotanie, bo przecież w prozie fantastyczno-naukowej neologizmy, modne słówka i wszelkie nowinki są zwykle głównymi przyprawami. Używać słów dopiero wtedy, kiedy ich znaczenie jest już dostatecznie zrozumiałe, zrozumiałe instynktownie, organicznie, jeśli nawet jeszcze nie dla czytelnika, to z pewnością dla pisarza. Ale wreszcie i słowo „Czechosłowacja” dojrzało. Nazywane tak państwo przestało istnieć, przeszło do historii. Stoi już za nim tylko mój automatyczny ołówek i wspomnienie żółtego samolociku, i dlatego słowa, które go oznaczało, mogę teraz bezpiecznie i z satysfakcją używać.

Po tym, kiedy Czechosłowacja rozpadła się na Republikę Czeską i Słowację, i kiedy możemy swobodnie odwiedzać się nawzajem, rzeczywistość stała się natychmiast jeszcze bogatsza i bardziej skomplikowana. Republika Czeska, ale tak naprawdę to Czechy, Morawy i  Śląsk Czeski.

Jedziemy na Morawy, ja po raz pierwszy. W mojej zmęczonej świadomości z wielkiej cebuli wyłuskuje się coraz mniejszy kształt. Chrziby, następnie mgławica miasteczek, wśród nich trochę ponad dwutysięczne Buchlowice. Gospodarz pensjonatu na przywitanie opowiada o historii okolic i miejscach, które warto zwiedzić. Nie zdążymy. Tego samego dnia Welehrad, bazylika. Gdzieś tu blisko, być może, serce słowiańskiego chrześcijaństwa. W pięknym środku bazyliki dotkliwe zimno. Na zewnątrz i wewnątrz trwa remont. Następnego dnia wycieczka rowerowa, w górę, w dół, potem wzdłuż biegu Morawy. Pagórki, wzgórza, tu nazywane kopcami. Nad głowami niebieskie niebo z białymi obłokami, kapliczki i krzyże. Pola maku, winnice, piwniczki przy stromej wiejskiej drodze. Kochanowski pił morawskie wino, węgierskie było za drogie, przypomina niezastąpiony Rymkiewicz.

Z otchłani wypływa felieton BBC, z czasów, kiedy nadawało jeszcze po polsku, autorstwa jakiegoś brytyjskiego dziennikarza. Opisywał malownicze okolice, ale i gospodarczy upadek i bezrobocie na Morawach po zmianie ustroju. Miejsce ma jednak swoje atuty – niegdyś mieszkała tu spora mniejszość żydowska, a jej potomkom, zwiedzającym kraj ojców, miejscowi mogliby prezentować swój barwny folklor, tak zarabiając na życie.

Sobota. Zwiedzamy park przy pałacu w Buchlowicach. Pomniki Cyryla i Metodego, przechadzające się wokół pawie. Mały zwierzyniec i wystawa fuksji, która od razu kieruje moje myśli do Mendla, od niego do Brna, a od Brna do Gödla. W restauracji w centrum odbywa się wesele. Goście spacerują wokoło. Oglądam ogłoszenia na ścianie przy wejściu do prywatnego sklepiku. Firma organizująca loty balonowe szuka sezonowych pracowników, najchętniej studentów. Tanie lekcje języka angielskiego. Informacja o przedstawieniu wystawianym przez lokalny amatorski teatr (ochotnické divadlo). Po południu wspinaczka z rowerami do kaplicy św. Barbary i na Hrad Buchlov, położonych na sąsiednich kopcach. Szybki zjazd w strugach żółtego światła.
Ostatniego dnia Kromieryż i „Apollo i Marsjasz” Tycjana w Pałacu Arcybiskupim.

Ale w głowie zostało mi co innego. Tablica wmurowana pod krzyżem w Kostelanach nad Moravou upamiętniająca poległych w I Wojnie Światowej. Imię, nazwisko, miejsce i data śmierci. Zdjęcie. Twarze, ubrania i mundury tych wszystkich morawskich szwejków. Italie, Srbsko, nemocnice. Rusko.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Porównuję sobie tę tablicę z tymi, które po sobie pozostawiła estetyka pruska, na przykład z tą z obecnego południowego krańca Opolszczyzny.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To porównanie przywołuje następne. Na przeszklonych drzwiach sklepu spożywczego w Buchlowicach moją uwagę przyciągnęła klepsydra. Pan Jiří, lat 63, żegnał się ze światem. Jego kolorowe zdjęcie (rozwichrzona fryzura, zaczerwieniona twarz, wzrok utkwiony w punkt, którego my jeszcze nie dostrzegamy) umieszczono pomiędzy obrazkiem przedstawiającym krzyżyk i kwiaty, a fragmentem wiersza.  Oto ten fragment:

Neplačte, ztište v srdci žal,
já dobré dílo v žití vykonal
a po práci chci tiše spát,
i bez slz možno vzpomínat.
Nebylo mi dopřáno déle s Vámi být
nebylo zbytí, tak jsem musel jít.

Znalazłem go w innej jeszcze wersji:

Neplačte, ztište v srdci žal,
já dobré dílo v žití vykonal
a po práci chci tiše spát;
i v modlitbách možno vzpomínat.
Nebylo mi dopřáno déle s vámi být,
nebylo léku, abych mohl žít.

Wydaje się, że wierszyk ten jest bardzo często używany w podobnych okolicznościach. Ta pierwsza wersja zapewne częściej. Klepsydra była przyklejona do szkła przylepcem obok wywieszki z godzinami otwarcia sklepu.

Nocami przychodziła burza z gwałtownym deszczem. Zza szumiącej kurtyny wody dolatywał niespokojny krzyk pawi.

 

Dodaj komentarz